Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zabiliście wielu w tym mieście. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zabiliście wielu w tym mieście. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 grudnia 2016

Zabiliście wielu w tym mieście...

„Zabiliście wielu w tym mieście
i napełniliście jego ulice zabitymi.”
Księga Ezechiela 11:6


Ten fragment „chodzi za mną” od 2015 roku. Słowa te były wypowiedziane do mieszkańców Jerozolimy, ale dziś trzeba je odnieść do kościoła chrześcijańskiego, a przede wszystkim do kościoła ewangelicznego, ponieważ w wielu miejscach ulice miast zostają napełniane ludźmi duchowo zabitymi.

Nones and Dones


Przez kilka lat, co jakiś czas sygnalizowałem ten temat, a teraz nadszedł właściwy czas, by go opracować i opublikować jako artykuł. Zauważam, że w Polsce mamy dość dużą liczbę ludzi, którzy wychodzą z kościołów denominacyjnych, ale także z "niezależnych" domowych wspólnot. Ten exodus przyczynia się do powstania całkiem licznego kościoła BYŁYCH. Kościół ten spotyka się najczęściej w przestrzeni Internetu. Członkami tego ruchu są byli katolicy, baptyści, byli ŚJ, badacze Pisma Świętego i zielonoświątkowcy, a zjawisko Nones and Dones rozwija się równolegle do Wędrówki Ludów pomiędzy denominacjami i wspólnotami.

Ludzie szukają swojego miejsca, odpowiedniego modelu kościoła, często dopasowanego do swoich własnych potrzeb, upodobań i wyobrażeń. Pragną porzucić sceniczne chrześcijaństwo, bezduszne wpatrywanie się w plecy brata czy siostry. Choć i to okazuje się niemożliwe, bo miejsca zgromadzeń w wielu miejscach stają się miejscami zaciemnionymi. Teraz jest taka moda na malowanie ścian, prawie że na czarno. Ludzie pragną odejść, bo ich wspólnota skręciła w kierunku okultystycznych praktyk "przejawów mocy", zwiedzenia lub w kierunku korporacyjnego kościoła „świadomego celu", kościoła cool&crazy i ku ekumenicznej jedności z KRK. Odchodzą z powodu hipokryzji, polityki religijnej, korupcji i malwersacji finansowych.

No dobrze, zatem co to jest Nones and Dones

Nones and Dones to nie tyle ruch, co pewne zjawisko zidentyfikowane w środowiskach kanadyjskich i amerykańskich kościołów chrześcijańskich. Sformułowanie określające to zjawisko składa się z pary rymujących się i ładnie brzmiących wyrazów, które mają potencjał przykuwać uwagę czytelników.

W wielkim skrócie "Nones" pochodzi od "none", czyli "żaden" wpisywanego w rubryce przynależności religijnej w jakimś kwestionariuszu osobowym czy ankiecie. W tej kategorii mieszczą się ateiści, agnostycy, ludzie bez jakichkolwiek poglądów na sprawy duchowe. Generalizując, ta część populacji, która nie identyfikuje się z żadną formą duchowości czy religijności.

"Dones" pochodzi od "done" w kontekście zdania "I'm done with it", czyli np. mam tego dość, kończę z tym "kościołem" (z kościelnictwem - CHURCHIANITY). Tutaj chodzi konkretnie o chrześcijan, którzy porzucili religię zinstytucjonalizowaną, ale nie porzucili chrześcijańskiej duchowości. Określenie często dotyczy młodych dorosłych.

„Nones” to grupa bez jakiejkolwiek przynależności kościelnej, którzy w ankietach na pytanie o religię odpowiadają: „none” – żadna. „Dones”, to ci, którzy często przez lata byli bardzo zaangażowani, niektórzy byli liderami, nigdy wcześniej nie wyobrażającymi sobie, że można być „poza kościołem”, a obecnie, „mają dość”. Nie jest to mała liczba, rocznie w Stanach Zjednoczonych kościoły opuszcza około 3 milionów osób.

”Dones” to osoby które nie potrafią odnaleźć się w żadnym widzialnym kościele, jako organizacji religijnej.

W USA, Kanadzie, w krajach UE jest to zjawisko dość powszechne. Można powiedzieć, że liczba zawiedzionych „Nones i Dones” lawinowo narasta. Jak wiemy dzieli nas z Ameryką tylko ocean. Jest kwestia czasu, że ten trend, ruch społeczny dotrze, (a może już dotarł) do Polski.

"Brat oszukany mocniejszy stawia opór niż warowny gród,
a jego upór jest jak zasuwy pałacu."
Przypowieści 18:19

Najczęstszą przyczyną odejść, utraty wiary jest zawód i rozczarowanie, ludzie czują się oszukani. Misjonarze różnych społeczności, ewangeliści różnymi sposobami zachęcają by dołączyć do ich wspólnoty. Rysują jej niebiański obraz i panujące w niej: miłość i braterstwo. Poglądy tam głoszone są oczywiście biblijne, a ci, którzy je wygłaszają żyją według nich. Ludzi przyciąga muzyka, złotousty mówcy, wystrój kościoła. Przyciąga obietnica uzdrowienia, teologia sukcesu czy rychłego wielkiego przebudzenia w ich mieście. Decydują się odejść i przyłączyć do czegoś nowego, świeżego, pięknego. Po kilku latach obraz się zmienia. Wspólnota nie jest taka braterska, miłość jest raczej na pokaz, oziębła. Chrześcijańska społeczność staje się inkubatorem hipokryzji, a elokwentnie głoszone poglądy są bardziej filozoficzno – psychologiczne niż biblijne. We wspólnocie panuje kumoterstwo, nepotyzm i polityka religijna, a wobec „niepoprawnych” stosuje się ostracyzm lub mówiąc bardziej wprost, mobbing. 

Środowisko chrześcijan ewangelicznych staje się coraz bardziej podzielone. Dzieli teologia Kalwina, spojrzenie na charyzmaty, teologię zastępstwa i naukę o Pochwyceniu. Mamy podziały z powodu „świąt i nowiów”. Z powodów ideologicznych dzielimy się na zwolenników PiS, PO lub innej partii politycznej. Znakomitym powodem do podziału, sporów i obrzucania się inwektywami stały się opinie o sytuacji na granicy białoruskiej, opinie na temat Covid, szczepionki i wojny na Ukrainie. Mówi się, że w różnorodności jest piękno. W tej różnorodności jest brzydota.

Ludzie nie są w stanie tego unieść, są rozczarowani i zawiedzeni, czują się oszukani. Odchodzą i „stawiają wokół siebie mocniejszy mur…”

Church Refugees („Kościelni uchodźcy”)

Na stronie „Poznaj Pana” znalazłem chyba jedyny polskojęzyczny artykuł na temat Nones and Dones. Poniżej zacytuję obszerne fragmenty;

„W książce napisanej przez socjologa, Josha Packarda, który przeprowadził skrupulatne badania, pt.: „Church Refugees” („Kościelni uchodźcy”), autor twierdzi, że obecnie jest 65.000.000 osób, które w USA mają „dość” kościoła, z czego 30.5mln z nich zachowują swoją „wiarę”, równoważąc tych, którzy nie mają żadnej „religijnej przynależności”.

Ci „Nones and Dones” nie są buntownikami, zranionymi, zgorzkniałymi, Absalomami, Izebelami i heretykami, jak się ich często karykaturalnie przedstawia. Często są to ci najlepsi, najjaśniejsi, najwspanialsi i najbardziej oddani Chrystusowi – ci, którzy swoją wiarę traktują bardzo poważnie. Jest jeszcze kolejne 7.000.000 „na własnej drodze” do tego, aby „mieć dość”, co w sumie daje 72.000.000 tych „Nones and Dones”.”

”Czy, w świetle tych liczb, nie jest w gronie przywództwa potrzebna jakaś refleksja własna, zamiast powszechnej reakcji w postaci obrony i usprawiedliwiania siebie, wymówek, racjonalizacji, dopracowywania programów, oskarżeń i określania każdego, kto odchodzi jako „mającego problemy z władzą”, bądź używanie innych oszczerczych nazw?

Proponuję uznać, że twierdzenie, że 30 - 65.000.000 ludzi to buntownicy, mijający się z Bogiem oraz znajdujący się „poza Jego wolą” jest absurdalne i dziwaczne. Jest osadzone na aroganckiej dumie, wywołanej problemami z ego, pieniędzmi, kontrolą i władzą, które uniemożliwiają refleksję nad samym sobą. Jest to forma religijnego związania, zaślepienia i oddania istniejącemu status quo.”

„Czy może być tak, że coś fundamentalnie nie funkcjonuje w naszych przekonaniach, wartościach, metodach i w tym, co od bardzo dawna nazywamy na zachodzie „kościołem” oraz „przywództwem”? Czy nie może być tak, że to te 30-65 mln osób może wskazywać na kilka wartych rozważenia rzeczy? Czy piętnowanie, wprowadzanie na czarne listy i robienie z nich kozłów ofiarnych jest właściwą reakcją? Czy nie może być tak, że to Bóg, przez Ducha Świętego, usiłuje powiedzieć coś do istniejących struktur na temat ich podstawowych przekonań i wartości, i że to oni nie znajdują pożądanego przyjęcia?”

„Wyłącznie w dysfunkcyjnym świecie religijnego chrześcijaństwa takie nadzwyczaj rozsądne wobec dowodów działania nie są podejmowane. Usiłujemy dopasować istniejące struktury, wartości i metody tak, aby były bardziej „odpowiednie dla pokolenia”. Próbujemy współczesnego uwielbienia, staramy się naprawić bądź korygować taki czy inny program, nie zdając sobie sprawy z tego, że te wszystkie starania to tylko próba przestawienia krzeseł na górnym pokładzie Titanica – statek tonie. Skupiamy się na zmianach metodologicznych, nigdy nie biorąc pod uwagę tego, że to nasze przesłania, wartości, przekonania, struktury i etyka mogą wymagać dostrojenia, przeglądu i wywalenia za burtę.”

”Jedynie w tym dysfunkcyjnym świecie religijnego chrześcijaństwa, oskarżamy tych, którym mamy służyć i udajemy, że wszystko jest w porządku. Boże uchowaj, aby mogło być coś niewłaściwego w naszych paradygmatach, a szczególnie w tych dotyczących przywództwa.”

„Chodzi mi o to, że wobec tak przygniatających faktów przedstawionych w książce Packarda, ogromna większość przywódców chrześcijańskiego establishmentu (z braku lepszego terminu), żadnej skali, kształcie czy formie jaką obecnie reprezentuje, nie jest w stanie dokonać refleksji nad sobą, a jednie robić z innych kozły ofiarne.

Pozwólcie, że od razu utnę głosy typu: „Po co się przejmować, Bóg zawsze będzie miał Swój kościół”. Oczywiście, że będzie miał. Prawdziwy kościół jest wieczny, nie do zatrzymania i zwycięski. Boży kościół stale idzie do przodu i Bóg zawsze będzie miał Swoją oblubienicę, lecz nie o to tu chodzi. Sprawa jest dwuwymiarowa:

Wykorzystywanie poczucia winy, wstydu, wykluczanie ze środowiska, obmowa i zwykłe potrząsanie ramionami wobec tych, co odeszli oraz ból i zniszczenia jakie to wywołuje u ludzi nie należą do Królestwa Chrystusa.”

„Mój przyjaciel, Greg Albrecht, napisał coś następującego, co jest fascynującym, choć smutnym postscriptum do mojego poprzedniego wpisu: „Ilość niezrzeszonych w kościołach Amerykanów mogłaby stanowić ósmy pod względem liczebności kraj na świecie!””

„Jeśli o mnie chodzi to nie ma znaczenia czy ktoś uważa, że to dobre czy złe, czy jesteś wiernym obrońcą instytucjonalnej chrześcijańskiej religii czy krytykiem, istotą jest to że owi „Nones and Dones” to rzeczywistość. Można to interpretować jak sobie chcesz, niemniej, udawać, że to nie jest prawdą czy, że nie ma znaczenia, jest irracjonalne. (...) Ta rzeczywistość wymaga czegoś więcej niż zmiana dywanów w sanktuarium, „bardziej inspirujące kazania”, „współczesny zespół uwielbiający”, więcej grillów i „kampanii zarządzania” oraz nowe „programy ewangelizacyjne”.”

źródło:

https://poznajpana.pl/the-nones-and-dones_1/
https://poznajpana.pl/nones-and-dones_2/

Co zatrzyma falę Nones and Dones?

Uważam, że wszyscy Nones i Dones powinni poszukiwać wspólnoty. Bez niej, jak bez powietrza. Z całą pewnością tradycyjny kościół ze sceną, ławkami w rzędach to nie jest to dobre miejsce dla duchowego rozwoju człowieka. Ludzie poszukują alternatywy. Może wprowadzić, upowszechnić grupy domowe, kościół komórkowy, ideę pięciorakiej służby, kościół G12, uliczny, a może kościół domowy. Czy to zatrzyma falę Nones and Dones?

W tym wszystkim, w tej religijnej „wędrówce ludów” nie ma jakiegoś kleju. Nie wiem miłości, Ducha Świętego, obecności Chrystusa? Przyczyn odejść jest wiele, ale są przyczyny jak najbardziej zrozumiałe, ale są i niezrozumiałe, często wynikające z egoizmu, nieodporności, buntu. Ale też jest tak, że „Dones” opuszczają kościoły, aby uratować swoją wiarę. Dzisiejszy kościół potrzebuje wewnętrznego przebudzenia i powrotu do źródeł… Jak widać potrzebna jest „służba” pomocy ludziom, którzy są „dones” lub „nones”.

W dyskusji na ten temat pewna kobieta pisze; „Sama przeżyłam kilka emigracji, że tak się wyrażę. I też poznałam wielu ludzi z kategorii "Nones and Dones”. Troszkę napiszę z innej strony o tym problemie. Nie neguję okropności doświadczeń i przeżyć - są mi też znane z autopsji. Jednak .... no właśnie. Problem jest naprawdę złożony. Po latach widzę, że trzeba bardzo uważać. Często to właśnie te osoby po przyjściu do społeczności powodowały największe zamieszanie. Wielu z nich miało na wejściu zastrzeżenia, zero chęci na zaakceptowanie zasad panujących w danej społeczności, zero gotowości uczenia się od innych. Za to gigantyczna miłość siebie (obolała, oczywiście) i jakieś takie kontestacyjne zachowania i postawy. Mój realizm jest może brutalny, ale naprawdę nikły odsetek z tych osób jest skłonny do tworzenia organizmu wraz z innymi.

Dlatego jeśli ktoś chce mieć taką służbę (służbę pomocy dla osób „dones”), to musi naprawdę się uzbroić w pewien dystans - oprócz współczucia i gotowości niesienia pomocy. Niektórzy ludzie przychodzą poranieni i umieją tylko gryźć. Interpretują wszystko z podejrzliwością i negatywnie. Obserwują każdy gest - oczywiście pod swoim kątem. Wyczytują pogardę lub oskarżenia tam, gdzie ich nie ma. Nie da im się zwrócić żadnej uwagi, choć nikt nie robi tego w formie napaści czy złośliwości. Inni mają niesamowite oczekiwania i roszczenia. Jak coś pójdzie nie według tego, to katastrofa. Smutne to ale czasem straszne i szpetne. Bo jednak upadła natura wydaje swoje owoce i nie są to bynajmniej owoce Ducha. Ale bywają też między nimi prawdziwe klejnoty - osoby chcące też współpracować i dawać, a nie tylko oczekiwać - mimo odniesionych ran.

Moim zdaniem do takiej służby trzeba specjalnego powołania i wyposażenia od Boga. Ale trudno też oczekiwać, że cała społeczność będzie je miała. Na pewno nie ostanie się żadna społeczność sklecona "organizacyjnie" (chodźmy i zróbmy) z większości takich roszczeniowych osób. Byłam raz w takiej grupie i była to spektakularna katastrofa!

Myślę, że wielu "Nones and Dones" powinno najpierw przejść przez kwarantannę, bo nie nadają się do zboru. Taki okres leczenia i jakiś program duszpasterski. Raczej należałoby pomyśleć o czymś, jak szpital dla tych chorych razem z sanatorium (forma: konferencja? obóz? inne?). Bo oni potrzebują głębokiego uzdrowienia od Pana - uzdrowienia duszy ale też podstawowego zrozumienia konieczności zapierania się siebie i miłowania braci. Nie wystarczy tylko "widzieć prawdę"; trzeba jeszcze dać się jej praktycznie przemienić w sercu.

Trzeba umieć tych ludzie kierować do DAWCY ŻYCIA bo człowiek nie jest w stanie unieść jednej takiej osoby, a co dopiero kilku/ kilkunastu/ kilkudziesięciu. To naprawdę jest bardzo trudne.”

Inna wierząca kobieta pisze: „Gdzie jest...prawda? Czy komuś w ogóle jeszcze na prawdzie zależy? Patrzę na te wszystkie zbory, kościoły, denominacje. Wszystkie mają takie piękne credo. A kiedy człowiek wchodzi do środka, to co się okazuje? Że mają jedynie....piękne kazania! Ludzie żyją podwójnym życiem, grzeszą sobie i wszyscy dookoła to wiedzą, ale nikt z tym nic nie robi, bo...wiadomo...relacje. Jak w świecie! Świat funkcjonuje jedynie dzięki małym kłamstwom i obłudzie! Plotki to taki zawór bezpieczeństwa, trzeba czasem coś pogadać w kuluarach, bo człowiek by pękł. I w tych tzw. kościołach jest...tak samo! Nigdzie nie ma prawdziwej miłości. Bo miłość to nie proszone obiadki i grille. To nie kawa i herbata po „nabo”. Kiedy się kogoś naprawdę kocha, to nam na tym kimś zależy. Nie pozwolimy mu siedzieć w grzechach, bo grzech przynosi śmierć. Nie pozwolimy mu siedzieć w zwiedzeniu, bo zwiedzenie to grzech. Ale....ludziom jest wszystko jedno! Obojętność, poprawność polityczna, obłuda. Świat!!! Biblia jest czarno- biała. Kiedyś jakiś pastor tłumaczył mi, że przecież jest wiele odmian szarości i trzeba porzucić to "czarno-białe" myślenie. Pastor tak mówił? Jest mi smutno. Widzę, jak pastorzy na siebie psioczą, jak gadają na siebie. Ale niech taki obgadany pastor odwiedzi zbór, w którym został obgadany - co się dzieje? Dostaje kazalnicę, ciasto, kawusię i ochy-achy! Obłuda !!! Straszne. Tyle kłamstw. "Nie gadaj na kościół"- mówią. Jaki kościół? Gdzie on niby jest? Te organizacje oparte na poprawności politycznej? Ci wspierający się obłudnie przywódcy różnych denominacji? Możesz myśleć, co chcesz, byle byś na głos nic nie mówił. Jak się obnażysz ze swoimi poglądami, zadeklarujesz jako osoba o bardzo zdecydowanych poglądach, to stajesz się wrogiem numer jeden! Kocham Boga. Wierzę w Biblię. Wierzę w Jego Słowo. Wierzę, że trzeba słuchać Jezusa i płacić cenę posłuszeństwa. Płacę ją. Będę szła za Jezusem do końca moich dni. Będę mówiła ludziom prawdę w miłości. Nie zgodzę się na tolerowanie grzechu, na tolerowanie zwiedzenia, na obłudę. I pewnie nie znajdę tzw. "kościoła". Widzę, jak liberalizm zżera zbory od środka. Albo jak małe kościółki zamykają się, zamieniając w sekty- bo żyją w strachu, a nie w miłości! Żyjemy w świecie, w którym tak naprawdę nie ma miejsca na Boga. Nigdzie. Szukałam....wiele lat. Teraz już nie szukam. Maranatha!”

To są cenne świadectwa i wypowiedzi. Myślę, że podobnych w naszym kraju jest o wiele więcej. Warto poznać te głosy, dają one nam wiele do myślenia.